Jak Andrzej Duda i mgr Przyłębska zakończyli historię Trybunału Konstytucyjnego

„Gdy przyjmowałam funkcję prezesa TK byłam pewna, że nie naruszono żadnych przepisów.” Czy mgr Przyłębska ma rację? „Wszystko odbyło się niezgodnie z konstytucją”– prof. Andrzej Zoll, były prezes TK.


Jedną z pierwszych decyzji prezydenta Białorusi była wymiana wszystkich szędziów białoruskiego sądu konstytucyjnego. Aleksander Łukaszenka zdobył władzę w demokratycznych wyborach jednak szybko zmienił ustrój na dyktaturę. Pierwszym i najważniejszym krokiem Białorusi na drodze do dyktatury było zlikwidowanie niezależnego sądu konstytucyjnego. Prezes Kaczyński razem z prezydentem Dudą zrobili dokładnie to samo jednak rozłożyli ten proces na raty. Dzięki temu ograniczyli emocje społeczne. Bezprawne przejęcie kontroli nad TK stało się nudnym serialem, który skończył się w momencie mianowania mgr Julii Przyłębskiej na panią „prezes” trybunału.

Trybunał Konstytucyjny orzeka najczęściej w składzie np. pięcioosobowym, ten skład wyznacza prezes. Jedna partia może mieć 11/15 sędziów i w dalszym ciągu nie mieć kontroli nad TK. Posiadanie „dyspozycyjnego” prezesa jest kluczowe, aby TK mógł orzekać w zgodzie z wolą partii politycznej, a nie w zgodzie z konstytucją.

„Wszystko odbyło się niezgodnie z konstytucją (…) niezgodne z konstytucją było także powołanie Przyłębskiej na prezesa nowego TK (…) nie ma TK w tym kształcie, o jakim mówi konstytucja (…) obecnie TK to jakaś instytucja, która nie jest znana polskiemu porządkowi prawnemu.” Przytoczona opinia prof. Andrzeja Zolla uzasadnia pogląd, że używanie nazwy „Trybynunał Konstytucyjny” jest nadużyciem. Bardziej trafne jest określenie „trybunał Julii Przyłębskiej”.

Nominacja Julii Przyłębskiej na panią prezes. Ilu sędziów TK to nieformalne spotkanie przy kawie?

Odpowiedź znajduje się w art 194. konstytucji, który określa ustrój Trybunału Konstytucyjnego oraz wybór prezesa. Sędziów jest 15. Prezesa TK powołuje prezydent spośród kandydatów wskazanych przez zgromadzenie ogólne sędziów TK. Tutaj ustalona jest kluczowa zasada prawna, której mgr Przyłębska nie rozumie. Prezesa TK wybierają sędziowie, a prezydent dokonuje jedynie formalnej akceptacji kandydata. Prezydent nie jest osobą, która rozdaje karty.

Tutaj pojawia się kluczowe pytanie – ilu sędziów musi przedstawić kandydata prezydentowi, aby prezydencka akceptacja była zgodna z prawem? Odpowiedź nie budzi wątpliwości – co najmniej ośmiu. Dlaczego akurat ósemka? To jest najmniejsza liczba, która spełnia warunek „co najmniej połowa z 15”. Zasada, zgodnie z którą co najmniej 8 sędziów TK przedstawia prezydentowi kandydata na prezesa to jedyna logiczna interpretacja art. 194 ust. 2. konstytucji.

Analogicznie, sejm może legalnie „przegłosować” ustawę, jeśli na sali była obecna co najmniej połowa wszystkich posłów tj. 230 spośród 460. Gdyby sejm uchwalił ustawę w obecności 229 posłów, to taka czynność byłaby nieważna z mocy prawa.

Julia Przyłębska została przedstawiona prezydentowi jako kandydat na prezesa TK przez „zgromadzenie ogólne” liczące mniej niż 8 sędziów, mniej niż połowę konstytucyjnej liczby 15. Ta czynność była nieważna z mocy prawa. Nie ma znaczenia czy grupa liczyła 7, czy 6, czy 4. Równie dobrze Julia Przyłębska mogłaby sama siebie wyznaczyć na kandydata na prezesa, a prezydent mógłby tą nominacje zaakceptować. Prezydent nie ustanowił Julii Przyłębskiej prezesem TK. Andrzej Duda nadał bezprawiu pozory legalności. Mianowanie pani prezes Przyłębskiej było datą zniszczenia Trybunału Konstytucyjnego. Grono sędziów TK, którzy nominowali nową „prezes” było mniejsze niż minimalna ósemka również przy doliczeniu tzw. sędziów dublerów.

Pierwsze akty bezprawia na drodze do zamachu stanu

„Prezydent postępuje zgodnie z konstytucją i zgodnie z obowiązującym prawem” – tymi słowami mgr Julia Przyłębska rozwiewa wątpliwości wobec kłamliwych sugestii „opozycji totalnej.” Inny pogląd wyraził promotor pracy doktorskiej Andrzeja Dudy – „Prezydent złamał konstytucję przynajmniej trzykrotnie” – tak prof. Jan Zimmerman podsumowuje pierwsze cztery miesiące prezydentury dawnego doktoranta. Jeden z tych trzech przypadków dotyczył nieprzyjęcia ślubowania od pięciu sędziów TK.

Prezes Kaczyński był na tyle dobrym strategiem, że przypisał koalicji PO-PSL winę za niszczenie Trybunału Konstytucyjnego, przynajmniej na początku. Z punktu widzenia zarządzania społecznymi emocjami ten zabieg był mistrzowski. Konflikt o TK zaczął się od przyziemnej kwestii – kadencja pięciu sędziów TK wygasała jesienią 2015 r. tzn na styku dwóch kadencji sejmu. Wszyscy następcy zostali powołani przez sejm kadencji 2011-2015.

Pojawiły się wątpliwości czy wybór tych pięciu sędziów był prawidłowy. Jedyną możliwością zgodnego z prawem zbadania legalności tej czynności było zaskarżenie do TK ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, na podstawie której dokonano nominacji. TK orzekł, że wybór trzech sędziów był prawidłowy jednak dwóch innych sędziów (których kadencja miała rozpocząć się nieco później) wybrano niezgodnie z prawem.

Wyrok TK powinien zakończyć cały konflikt, tak się jednak nie stało. Prezydent Duda i Prezes Kaczyński wybrali drogę bezprawia, postanowili działać na zasadzie faktów dokonanych. Dzięki temu grupa pięciu „spornych” sędziów TK została wybrana przez pis.

Prezydent Duda sam przyznał sobie uprawnienie do oceny, czy wybór sędziego TK jest prawidłowy. Odmówił przyjęcia ślubowania od wszystkich pięciu sędziów. Jednocześnie prezes Kaczyński uznał, że sejm może odwoływać sędziów TK w drodze uchwały. Obie te konstrukcje zostałyby uznane jakiś czas wsześniej za prawniczy humor z zeszytów. Popierający pis Kornel Morawiecki wygłosił wtedy w sejmie słynną tezę, że wola narodu jest ponad prawem. Otrzymał od posłów pis owację na stojąco. Popełnił jednak błąd logiczny – wola narodu nie może być utożsamiana z wolą jakiejkolwiek partii politycznej, również wtedy gdy ta partia wygrała wybory.

Powołanie trzech „sędziów dublerów” nie było kluczowe. To była bardziej zasłona dymna. Emocje społeczne wzrosły, później opadły, a po jakimś czasie przeszło bez większego echa, że historia Trybunału Konstytucyjnego dobiegła końca w momencie mianowania Julii Przyłębskiej na rzekomą prezes najważniejszego organu władzy sądowniczej. Duda i Kaczyński uzyskali wtedy nowe możliwośći. Od tamtej pory mogą zmieniać ustrój państwa pomimo, że nie dysponują w sejmie większością konstytucyjną. Każda bezprawna ustawa tworząca „reformę sądownictwa” zostanie uznana przez Julię Przyłębską za zgodną z konstytucją.

Słaby punkt planu prezesa Kaczyńskiego

Zniszczenie Trybunału Konstytucyjnego, które umożliwiło bezprawne przejęcie kontroli nad Krajową Radą Sądownictwa i Sądem Najwyższym było ciągiem zdarzeń godnym wielkiego stratega, zwłaszcza z punktu widzenia zarządzania społecznymi emocjami. Prezes Kaczyński był znacznie sprytniejszy niż Aleksander Łukaszenka, który ustanowił na Białorusi dyktaturę z dnia na dzień.

Rząd Zjednioczonej prawicy nie wziął jednak pod uwagę tego, że funkcję zlikwidowanego TK mogą w jakimś zakresie przejąć instytucje UE pod groźbą ogromnych kar finansowych. Skrajna prawica uznała niedawne orzeczenie TSUE podważające legalność Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego za niedopuszczalne naruszenie polskiej suwerenności jednak argumenty ideologiczne nic nie zmienią, kiedy UE nakaże za bezprawie zapłacić.

Utrata unijnych funduszy nie jest jednak najgorszą możliwą opcją. Na etapie pierwszych kroków do zniszczenia TK Kornel Morawiecki przekonywał, że wola narodu jest ponad prawem, a prof. Andrzej Zoll zwrócił się z apelem, który każdy powinien przynajmniej przemyśleć:

„Trybunał Konstytucyjny i jego ustrój jest opisany w konstytucji zatwierdzonej w referendum. Naród tak zdecydował, taka była decyzja narodu. A teraz pan Kaczyński próbuje ten porządek konstytucyjny zburzyć. To jest działanie pozaprawne, to jest antydemokratyczny marsz w kierunku dyktatury.”

Autor: magister prawa z uprawnieniami na jeden z wolnych zawodów prawniczych
http://www.alternative-journalism.com

Wybory korespondencyjne 10 maja. Kolejny poziom bezprawia, tym razem z narażeniem zdrowia i życia

„Coraz większa grupa ludzi wpada w sidła kłamliwej manipulacji” – taki pogląd wyraża redaktor naczelna prawicowego portalu wPolityce, która stoi murem za pisem w kwestii daty wyborów. Marzena Nykiel słusznie zauważa zjawisko manipulacji, ale nie po stronie partii dążącej do utrzymania władzy za wszelką cenę. Zdecydowana większość społeczeństwa chce przełożenia wyborów, na takie rozwiązanie zdecydowało się wiele krajów po obu stronach oceanu, jednak o tym prawicowe media milczą.

Czy wybory korespondencyjne są bezpieczne?

Strona rządowa bez przerwy powołuje się na przykład Bawarii, która zorganizowała wybory korespondencyjne w czasie epidemii, jednak ten fakt w żaden sposób nie dowodzi, że nie doszło tam do narażenia zdrowia i życia głosujących. Zdecydowna większośc krajów wybrała wariant bezpieczniejszy, polegający na przełożeniu wyborów. Taką drogą poszły m. in. Wielka Brytania, Francja, Włochy, Hiszpania, Brazylia, Argentyna i Serbia. Pomijanie tego faktu i traktowanie Bawarii niczym wyroczni stanowi manipulację.

Listonosze narażeni najbardziej

Projekt wyborów korespondencyjnych nakłada na listonoszy obowiązek wykonania przysłowiowych 300% normy w czasie, kiedy wszyscy obywatele są zachęcani do pozostania w domu. Przewodniczący zwiazku zawodowego OPZZ zwrócił się do sejmu z apelem:

„Wyrażamy szczególną obawę o (…) ok. 25 tys. listonoszy, którzy w krótkim czasie będą musieli dostarczyć ponad 30 mln pakietów pod niemal 20 mln adresów.” Osobną kwestią jest bezpieczeństwo głosujących. Załóżmy że frekwencja osiągnie poziom 30%. Wtedy w ciągu jednego dnia około 10 mln obywateli wyjdzie z domu i pokona dystans dzielący ich od skrzynki. Traktowanie tego wariantu jako bezpiecznego jest złudzeniem.

„Dlaczego ewentualne stanie w kolejce do skrzyni wyborczej ma być ryzykowne, identyczne stanie w kolejce do sklepu (przy zachowaniu odpowiednich odstępów) już nie? (…)Metoda jest bezpieczna dla zdrowia.” Przytoczony komentarz serwisu wPolityce rozwiewa wszelkie wątpliwości. Można w tym miejsu zadać pytanie retoryczne – kim są redaktorzy tego portalu, żeby formułować tego typu opinie w kwestiach zdrowia publicznego? Obecnie każde wyjście z domu wiąże się z ryzykiem zarażenia, również w przypadku przestrzegania wszelkich nakazów. Zakupy są jednak czynnością niezbędną, w przeciwieństwie do wyborów.

Czy wybory w maju są zgodne z prawem?

Największą manipulacją rządu jest wmawianie, że wybory muszą odbyć się w maju, gdyż tak nakazuje konstytucja. „Zgodnie z konstytucją wybory prezydenckie powinny odbyć się w tej chwili, chyba że zostałby wprowadzony stan nadzwyczajny, te warunki w tym momencie nie są spełniane.”

Taką opinię wyraził prezes Kaczyński, który jednak w kwestiach konstytucyjnych żadnym autorytetem nie jest. Każdy może sam ocenić, czy zamrożenie całych sektorów gospodarki i zakaz zgromadzeń to normalne reguły, czy jednak stan nadzwyczajny, który nie został formalnie ogłoszony.

„Ten stan nadzwyczajny i tak już jest. Tylko nie otrzymał formalnej nazwy tego stanu, który teraz się odbywa. (…)Wszystkie warunki do wprowadzenia stanu nadzwyczajnego są spełnione.” Komentarz byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego wyjaśnia na czym polega prawna manipulacja. Prof. Anrdzej Zoll uznał, że obecne ograniczenia de facto stanowią stan nadzwyczajny (konkretnie stan klęski żywiołowej), którego rząd nie chce ogłosić, aby nie przekładać wyborów.

Ustawa o stanie klęski żywiołowej wprost wymienia epidemię jako podstawę do zastosowania tej konstrukcji. Jednocześnie należy podkreślić, że nie ma podstaw do ogłoszenia stanu wyjatkowego (innej formy stanu nadzwyczajnego), który jest dedykowany dla terroryzmu.

Czy głosowanie listowne to wybory czy jednak farsa?

Konstytucja nakazuje m.in., aby wybory odbywały się w głosowaniu tajnym i były powszechne tzn. dostępne dla wszystkich. Rządząca partia postanowiła, że każdy umieści w dużej kopercie swój PESEL i podpis oraz mniejszą kopertę z wypełnioną kartą. W takim układzie tożsamość osoby wybierającej danego kandydata stanie się łatwa do ustalenia, a głosowanie nie spełni konstytucyjnego warunku, jakim jest tajność.

Zestawy do głosowania zostaną wrzucone do skrzynek pocztowych zgodnie z adresem zameldowania, który nie zawsze jest zbieżny z miejscem faktycznego pobytu. W warunkach epidemii może to oznaczać, że swojej karty nie odbierze realnie każdy kto chce. Takich wyborów nie można uznać za powszechne.

Kto policzy głosy?

Organizacja wyborów i liczenie głosów jest kompetencją komisji wyborczych. Poszczególne komitety kandydatów na prezydenta delegują ponadto swoich przedstawicieli, żeby mieć pewność w kwestii rzetelności całego procesu. Obecnie wiadomo, że w praktyce brakuje znacznej liczby chętnych do pracy w komisjach wyborczych, gdyż mało kto chce ryzykować zarażenie. Braki zostaną jednak uzupełnione przez osoby wskazane de facto przez rządzącą partię polityczną. Uczciwość liczenia głosów traci obiektywne gwarancje.

Na marginesie można wspomnieć o kwestii z pozoru mało istotnej – w czasie kiedy sejm przegłosował przepisy o głosowaniu korespondencyjnym, nagle zmienił się prezes poczty tzn. instytucji która zorganizuje wybory. Nowym prezesem został wiceminister obrony w rządzie pis.

Jakie jest zdanie byłych przewodniczących Państwowej Komisji Wyborczej? Prof. Andrzej Zoll oraz prof. Wojciech Hermeliński zgodnie uznali proponowane rozwiązania za bezprawie, które nie może być nazwane wyborami w rozumieniu Konstytucji RP. Rządząca partia zamierza jednak takie „wybory” zorganizować w imię wartości, jaką jest „stabilność polityczna” rozumiana jako utrwalenie władzy. Przełożenie głosowania wiązałoby się z ryzykiem przegranej z powodu możliwego kryzysu gospodarczego. Zdrowie i życie obywateli zeszło na drugi plan.

Autor: magister prawa z uprawnieniami na jeden z wolnych zawodów prawniczych

http://www.alternative-journalism.com

Orzeczenie TSUE, które niszczy reformę sądownictwa. Czas pozorów dobiega końca

„Nie będą nam w obcych językach narzucali, jaki ustrój mamy mieć w Polsce”. Ta deklaracja prezydenta Dudy sprzed trzech miesięcy mogła robić wrażenie w sensie emocjonalnym, jednak żadne emocje nie zmienią obowiązującego stanu prawnego. Czy unijne instytucje mogą nakazywać, jaki ustrój mamy mieć w Polsce?

Na to pytanie odpowiada art 91. ust 3. Konstytucji RP:

„Jeśli wynika to z ratyfikowanej przez Polskę ustawy konstytuującej organizację międzynarodową, prawo przez nią stanowione jest stosowane bezpośrednio, mając pierwszeństwo w przypadku kolizji z ustawami.”

Tutaj dochodzimy do sedna sporu. Umowa międzynarodowa (np. Prawo UE) ma  większą moc niż polskie ustawy. Prezydent Duda mógłby uznać ten fakt za zaprzeczenie narodowej suwerenności ale jego pogląd nie ma w tej kwestii żadnego znaczenia. Trybunał Sprawiedliwości UE jest czymś w rodzaju Trybunału Konstytucyjnego dla całej UE. Ten organ ocenia, czy ustawy krajów członkowskich są zgodne z prawem unijnym. Orzeczenia TSUE mają dokładnie taką samą moc jak ratyfikowane umowy międzynarodowe tzn. większą niż poslkie ustawy. Prezydent Duda po raz kolejny udawał brak elementranej wiedzy prawniczej.

Rząd Brukseli się nie boi

„Bezprecedensowy atak na suwerenność Polski” – tymi słowami wiceminister sprawiedliwości podsumował orzeczenie TSUE nakazujące zamrożenie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Jako absolwent studiów prawniczych powinien wiedzieć, że istotą przystąpienia do organizacji międzynarodowej (np. UE) jest zrzeczenie się części suwerenności na rzecz tej organizacji. Zgodę na to wyraził suweren w dniu referendum akcesyjnego z 2004 r. Wstąpienie do UE to nie tylko zgoda na przyjmowanie unijnych funduszy, ale również zobowiązanie do przestrzegania unijnego prawa, które w tym przypadku nakazuje, aby polski Sąd Najwyższy był instutycją niezależną od polskiego sejmu.

Trybunał Julii Przyłębskiej uratuje Polskę przed zagraniczną agresją

Premier Morawiecki nie rozumie pewnego zagadnienia, które stanowi punkt wyjścia – orzeczenia TSUE są ostateczne, podlegają natychmiastowemu wykonaniu, żadne środki odwoławcze od nich nie przysługują.

„Myślę, że porozmawiamy po prostu z Instytucjami UE (…) To nie jest sąd ostateczny, to jest tylko sąd europejski, to jest tylko trybunał sprawiedliwości.” – tymi słowami szef rządu bagatelizował dwa lata temu możliwość wydania przez TSUE wyroku uznającego bezprawność innego elementu „reformy sądownictwa”. Nie trudno się domyślić, że premier nie zamierza wykonać postanowienia TSUE nakazującego zamrożenie Izby Dyscyplinarnej SN.

Zamiast tego postanowił skierować całe zagadnienie do mgr Julii Przyłębskiej, która jako rzekoma prezes Trybunału Konstutucyjnego wyda decydujące rozstrzygnięcie: „My z całą pewnością skierujemy do Trybunału Konstytucyjnego, który jest najwyższą instancją odwoławczą, zapytanie w tej sprawie.” Morawiecki nie ma wykształcenia prawniczego jednak jako premier powinien wiedzieć, że TK nie jest instancją odwoławczą od wyroków jakichkolwiek sądów, a już na pewno nie od orzeczeń TSUE.

Konsewkwencje buntu rządu przeciw UE

„Nie umawialiśmy się z Unią na to, żeby Unia meblowała nam polski wymiar sprawiedliwości.” Przytoczona wypowiedź wiceministra sprawiedliwości Michała Wójcika uznaje postanowienie TSUE za niedopuszczalne.

Meblowanie wymiaru sprawiedliwości faktycznie jest kompetencją państw członkowskich, a nie centralnych organów UE, jednak unijne prawo narzuca w tej kwestii minimalny standard, jakm jest niezależność sądów od rządzących partii politycznych. Sędziowie Izby Dyscyplinarnej SN zostali powołani de facto przez sejmową większość tzn. za pośrednictwem „zreformowanej” przez pis Krajowej Rady Sądownictwa. Z tego powodu TSUE uznał nową izbę SN za sprzeczną z prawem UE i nakazał rządowi zawieszenie jej funkcjonowania.

Wiceminister Wójcik uspokaja, że „Nie ma co obywateli straszyć karami finansowymi.” Czy na pewno? Pseudoprawnicze wywody premiera Morawieckiego i jego ministrów nie zaczarują rzeczywistości, która za niewykonanie orzeczeń TSUE każe jednak placić. Tą kwestię wyjaśnia prezes SN Małgorzata Gersdorf:

„Komisja Europejska zastrzegła sobie prawo do złożenia dodatkowego wniosku o nałożenie na Polskę okresowej kary pieniężnej, w przypadku, gdyby Polska nie stosowała w pełni środków tymczasowych zarządzonych w postanowieniu z dnia 8 kwietnia 2020 r.”

Nie tylko kary pieniężne, na horyzoncie również polexit

Rząd prezesa Kaczyńskiego powinien coś zrozumieć – czas uników i zwodzenia Unii Europejskiej „dialogiem” już się skończył. Orzeczenie TSUE uznające bezprawność „reformy sadownictwa” zapadło tym razem na wniosek Komisji Europejskiej, a nie polskich sędziów. Pójście na wymianę ciosów może Polskę drogo kosztować. Jako przestrogę można przytoczyć wypowiedź byłego prezesa Trybunału Konstutucyjnego. Prof Andrzej Zoll został zapytany ponad rok temu jakie byłyby skutki, gdyby Rząd nie uznał orzeczenia TSUE. Odpowiedział:

„Jeśli polski rząd nie zaakceptuje postanowienia TSUE, to wkroczy na bardzo niebezpieczną dla Polski drogę. Konsekwencją tego będzie w najbliższym czasie wykluczenie Polski z UE.” Wtedy rząd orzeczenie TSUE jednak zaakceptował.

Za przestrogę można również uznać wypowiedź jednego z czołowych prawicowych publicystów sprzed kilku miesięcy. Związany z TVP info Rafał Ziemkiewicz najwyraźniej uznał, że pisowska „reforma sądownictwa” jest wartością nadrzędną:

„Z każdym takim draństwem (…) coraz więcej Polaków dostrzega, że dochodzi ten etap, że trzeba się tej Unii postawić i być może się pożegnać.” Wypowiedzi prof. Andrzeja Zolla oraz Rafała Ziemkiewicza mają jeden wspólny mianownik – polexit jest już czymś więcej niż tylko wymysłem opozycji.

Autor: magister prawa z uprawnieniami na jeden z wolnych zawodów prawniczych

http://www.alternative-journalism.com

Prezes pis jako klon Putina według New York Times

Latem 2016 r. amerykański „New York Times” opublikował artykuł pod wymownym tytułem „Poland drifts in the wrong direction” (Polska dryfuje w złym kierunku). Prezes Kaczyński został określony jako klon Putina. To wywołało oburzenie po stronie zjednoczonej prawicy.

Jaka była odpowiedź? Odpowiedzialnością za artykuł NYT obarczono opozycję, a konkretnie ministra w rządzie PO-PSL Radosława Sikorskiego. Prezes Kaczyński skonstruował następującą teorię – Radosław Sikorski zmanipulował swoją żonę, a ona zmanipulowała redakcję NYT, aby napisać taki artykuł. Słabym punktem tego rozumowania jest fakt, że żona Radosława Sikorskiego pracuje dla innego pisma (Washington Post).

New York Times napisał o Polsce po raz kolejny rok później, latem 2017 r. To był moment kulminacyjny „reformy sądownictwa”. Artykuł „In Poland, an assault on the courts provokes outrage” (W Polsce zamach na sądy wywołuje oburzenie) zaczyna się słowami:

Krok po kroku, polski rząd występuje przeciwko demokratycznym normom (…) Teraz partia rządząca agresywnie podąża w stronę kontroli nad ostatnią większą niezależną instytucją, nad sądami.” W dalszej części artykułu przytoczono wypowiedź Rzecznika Praw Obywatelskich:

„Ich celem jest utworzenie politycznej kontroli nad sądownictwem, nie mam w tej kwestii żadnych wątpliwości.”

Rząd zjednoczonej prawicy konsekwentnie ignoruje krytyczne opinie o „reformie sądownictwa” pochodzące z Europy Zachodniej. Krytyczne opinie z USA są dla rządu znacznie bardziej przykre, gdyż prawicowa prasa bez przerwy informuje o dalszym umacnianiu sojuszu Polska-USA. New York Times nie jest jedynym głosem zza oceanu, który sprzeciwia się „dekomunizacji” Sądu Najwyższego.

Apel Stowarzyszenia Amerykańskich Prawników

Krajowa Izba Radców Prawnych zamieściła na swoich stronach apel Stowarzyszenia Amerykańskich Prawników. Prezes tego stowarzyszenia Hilarie Bass mówi o młodej polskiej demokracji, która walczy o przetrwanie:

„Niektóre z młodszych demokracji, z których wiele zostało zainspirowanych przez USA i powstało przy ich wsparciu, walczy o przetrwanie.”

W dalszej części apelu zza oceanu czytamy:

„W Polsce partia PiS(…) systematycznie pracowała nad zgromadzeniem w swoich rękach i skonsolidowaniem władzy poprzez demontaż sądów(…) Ponad połowa członków Krajowej Rady Sądownictwa zostało usuniętych ze stanowiska i zastąpionych przez nowych członków posiadających mocne i solidne powiązania z partią rządzącą.

Washington Post sugeruje ograniczenie współpracy wojskowej z Polską

Kolejnym etapem „reformy sądownictwa” była ustawa kagańcowa z początku obecnego roku przewidująca możliwość usuwania z zawodu sędziów niepokornych wobec pis. Bardzo mocnym sprzeciwem zareagowały wtedy instytucje w Brukseli. Prezydent Duda podsumował spór zdaniem „Nie będą nam w obcych językach narzucali, jaki ustrój mamy mieć w Polsce”.

Po raz kolejny okazało się, że obawę o powstawanie w Polsce ustroju autorytarnego można usłyszeć również zza oceanu, tym razem ze strony Washington Post. Padła tam sugestia, że Kongres USA powinien przeforsować ograniczenie wojskowej współpracy z Polską w celu skłonienia rządu pis do opamiętania.

Obecnie wszelkie osiągnięcia „reformy sądownictwa” zeszły na dalszy plan z powodu epidemii. Nie zmienia to jednak faktu, że nie tylko według New York Times, Polska podąża w złym kierunku.

Autor: magister prawa z uprawnieniami na jeden z wolnych zawodów prawniczych
https://alternative-journalism.com/

źródła:

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/1938410,1,washington-post-polsce-nalezy-sie-kara-za-ustawe-kagancowa.read

https://www.rp.pl/Polityka/160719804-Applebaum-Kaczynski-nie-rozumie-swiata.html