Ułaskawienie Mariusza Kamińskiego. Zagranie w stylu ZSRR, które uszło na sucho

W czasach ZSRR najlepszym sposobem eliminacji przeciwników politycznych było aresztowanie. Wicepremier Lepper sprawiał prezesowi pis większe trudności niż Gowin. Chcieli skusić go na korupcję. Popełnili przestępstwo. Prawo zabrania testowania uczciwości obywateli. Prokuratora za karę zdegradowano. Prezydent Duda ułaskawił Kamińskiego i zrobił z niego bohatera. To był mocny sygnał, że powstaje ustrój, w którym służby specjalne są ponad prawem.

Afera, która zniszczyła pierwszy rząd pisu

„Skazany został człowiek znany nie tylko z ogromnej uczciwości, ale też wielkiej determinacji w walce o sprawiedliwość” – tymi słowami Jarosław Gowin wyraził oburzenie wobec wyroku, który nazwał „hańbą wymiaru sprawiedliwości”.

CBA chciało wykończyć Leppera. Otwarcie przyznał mi to jeden z funkcjonariuszy” – tym komentarzem podsumowuje intencje rządu Piotr Ryba, jeden bohaterów afery gruntowej, który pełnił rolę oskarżyciela posiłkowego w procesie karnym Mariusza Kamińskiego.

Myślisz, że ty jesteś sam? Na Leppera jest zastawionych kilka pułapek” – to kolejna wypowiedź agenta CBA przytoczona przez tego samego oskarżyciela posiłkowego. Rząd uważa, że sąd skazał wiceprezesa pis za walkę z korupcją pomimo, że Kamiński żadnego przestępstwa nie popełnił.

Zdarzenie hipotetyczne – nadgorliwy funkcjonariusz przychodzi do urzędu z kopertą i proponuje łapówkę przypadkowemu urzędnikowi w celu skazania go za korupcję. Jaka byłaby kwalifikacja prawna czynu? Nadgorliwy funkcjonariusz odpowiadałby w sądzie za przestępstwo tzn. podżeganie do korupcji. Prowokacja jest konstrukcją, której organy ścigania nie mogą używać na zasadzie dowolności. Przekroczenie ściśle określonych reguł w tym zakresie może narazić funkcjonariusza na odpowiedzialność karną. Tłumaczenie się chęcią zwalczania przestępczości lub ogromną uczciwością nie jest w takim przypadku żadnym argumentem na obronę w czasie procesu.

Serwis polityka.pl opisuje fragment uzasadnienia wyroku: „Sąd uznał, że Mariusz Kamiński zaplanował i zorganizował prowokację (…) CBA, jak uznał sąd, podżegało do korupcji, choć nie było podstaw prawnych ani też faktycznych do wszczęcia operacji ws. odrolnienia gruntu w ministerstwie rolnictwa.” Prezes Kaczyński uznał wyrok za element kampanii wyborczej. Podobnym tokiem myślenia podążył prezydent Duda.

Dlaczego aresztowanie Leppera za korupcję byłoby dla pisu darem losu

„Warcholstwa w żadnym razie nie możemy tolerować” – takim uzasadnieniem prezes Kaczyński podsumował dymisję Andrzeja Leppera jesienią 2006 r. Następnie wysłannicy pis kusili posłow Samoobrony stanowiskami ale niewiele z tego wyszło. Koalicjanci jakimś cudem się porozumieli i utworzyli rząd na nowo jednak relacje dalej były napięte.

Andrzej Lepper słynął z wielkiego ego, nie nadawał się na wiernego żołnierza IV RP. Miał do prezesa Kaczyńskiego nieustanne pretensje za niepopieranie inicjatyw Samoobrony, zwłaszcza w kwestiach socjalnych. Mógł w dowolnym momencie zerwać koalicję i pozbawić rząd większości. Gdyby został przestępcą z zarzutami korupcyjnymi, to jego partia zostałaby bez lidera i stałaby się dla prezesa Kaczyńskiego znacznie łatwiejszym łupem.

Mariusz Kamiński miał bardzo silny motyw, aby przekroczyć uprawnienia i wciągnąć Leppera w pułapkę odpowiedzialności karnej. „O sprawie wiedział Jarosław Kaczyński (…) chciał przejąć Samoobronę i mieć większość w Sejmie bez Leppera” – tak podsumował prowokację CBA wicepremier oskarżony przez prezesa pis o warcholstwo.

Prokurator zdegradowany za akt oskarżenia wobec Mariusza Kamińskiego

W kwietniu obecnego roku najsłynniejszą postacią w prokuraturze stała się Ewa Wrzosek, która wszczęła śledztwo dotyczące możliwości przestępstwa przy organizacji wyborów. Następnego dnia okazało się, że prokurator krajowy postanowił ją ukarać postępowaniem dyscyplinarnym. Podobny schemat wystąpił wobec innego prokuratrora wykonującego zawód niezgodnie z linią partii rządzącej.

Jak podaje serwis rzeszow-news.pl „Prokurator Bogusław Olewiński, który doprowadził do skazania Mariusza Kamińskiego za nadużycia CBA przy aferze gruntowej, został zdegradowany do Prokuratury Rejonowej w Rzeszowie.” Ukarany wysłał pismo do przełozonych z żądaniem uzasadnienia jednak odpowiedzi nie otrzymał. Degradacja nastąpiła kilka miesięcy po słynnym ułaskawieniu.

Zdegradowany został również inny prokurator z Rzeszowa, który uzasadniał zarzuty wobec Kamińskiego na konferencji prasowej. Drugi z ukaranych zdecydował się na dwa zdania symboliocznego protestu: „Nieduża rzeszowska prokuratura została wciągnięta w wir polityki nie z naszej winy (…) Wykonujemy takie czynności, jakie państwo i prawo na nas nałożyło.” Przytoczona wypowiedź trafia w sedno – rolą prokuratora lub sądu nie są rozważania o uczciwości danego polityka, lecz zapoznanie się z aktami i ocena, czy zostały zrealizowane znamiona przestępstwa.

Prezydent Duda ucina wątpliwości

„Mariusz Kamiński to kryształowo uczciwy człowiek” – tym zdaniem przedstawiciel kancelarii prezydenta podsumowuje wszelkie prawne zawiłości i uzasadnia ułaskawienie koordynatora służb specjalnych. Sąd Najwyższy orzekł, że prezydent postąpił wbrew prawu stosująć akt łaski wobec osoby skazanej nieprawomocnie (tylko przez sąd pierwszej instancji) jednak uchwała SN nie zrobiła na partii rządzącej żadnego wrażenia. W przypadku złożenia apelacji od wyroku skazującego na karę pozbawienia wolności szanse na uniewinnienie są statystycznie bardzo niewielkie. Z punktu widzenia wizerunkowego lepiej było ułaskawić bez czekania na wyrok sądu drugiej instancji.

Mariusz Kamiński reklamował się na billboardach przed wyborami sloganem „bezpieczny czas dla Polski”. Służby specjalne ponad prawem są jednak bezpieczne jedynie dla partii. Portal euronews.com przekazał niedawno szokującą informację o aresztowaniach na Węgrzech za nieprzychylne dla premiera Orbana wpisy w mediach społecznościowych. Partia, która zwalcza przeciwników politycznych postępowaniem karnym to nie jest partia uznająca demokratyczne standardy. Czas pokaże czy schemat, który wystąpił niedawno na Węgrzech, jest realny również w Polsce.

Autor: magister prawa z uprawnieniami na jeden z wolnych zawodów prawniczych
https://alternative-journalism.com/

źródła:
https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1614205,1,mariusz-kaminski-byly-szef-cba-skazany-na-wiezienie-bez-zawieszenia.read
https://dziennikpolski24.pl/prowokacja-wycelowana-w-leppera-zaszkodzila-rzadowi-kaczynskiego-wideo/ar/3807125
https://rzeszow-news.pl/prokurator-ktory-oskarzal-kaminskiego-zdegradowany/

Zapomniana afera pisu. Jak partia wydała miliony z budżetu na swoją kampanię

Sędzia Waldemar Żurek: „Sprawa billboardów nadaje się na proces karny. To są pieniądze, które sponsorujemy my wszyscy”. Pisowska fundacja z budżetem 100 mln na start poza kontrolą państwa. Kancelaria premiera odmówiła informacji o jej finansowaniu.

Każda obecna w sejmie partia otrzymuje subwencje liczone w milionach, tylko z tych środków może finansować swoje kampanie. Prezes Kaczyński uznał jednak, że jego ugrupowanie zasługuje na pewien bonus za zmienianie Polski na lepsze. Z tego powodu pis może opłacić promocję „reformy sądownictwa” ze Skarbu Państwa zamiast z kasy partyjnej. „Furia drugiej strony, te wszystkie donosy do prokuratury, dowodzi, jak skuteczna jest to akcja” – tymi słowami lider pis rozwiewa wątpliwości wobec ponad 8 mln zł wydanych na przekaz typu: sędziowie kradną w sklepach batoniki.

20 mln z polskiej kasy za konto na instagramie. Liczba obserwujących: 95

Wydawanie publicznych środków nie jest kwestią, w której rząd lub urzędnik może postępować na zasadzie dowolności. Złamanie prawa w tym zakresie to nie tylko przywłaszczenie, ale również przysłowiowe wyrzucanie pieniędzy w błoto.

Jednym z wielkich sukcesów premier Beaty Szydło było ogłoszenie powstania Polskiej Fundacji Narodowej z zadaniem promowania Polski zagranicą. Nowy twór otrzymał na start 100 mln od największych spółek Skarbu Państwa (m.in od PZU i Orlenu). Fundacja zyskała sławę nie tylko aferą billboardową.

Jak podaje wikipedia „PFN zapłaciła równowartość ponad 20 mln zł amerykańskiej firmie PR-owej WHWG m.in. za stworzenie profili o Polsce w mediach społecznościowych, które cieszą się znikomą oglądalnością.” Serwis money.pl rozwija, że flagowym sukcesem tej społecznościowej kampanii była strona na instagramie publikująca fotografie z polskich gór i polskich miast z osiągnięciem w liczbie 95 obserwujących.

Z dużym prawdopodobieństwem można zakładać, że porównywalną kampanię w mediach społecznościowych mogłaby wykonać grupa licealistów z wynagrodzeniem rzędu 2 tys. zł zamiast 20 mln zł. Na tym rewelacje się nie kończą. Z raportu PFN za 2018 r. wynika, że 36 osób zatrudnionych w tej organizacji zarobiło w ciągu roku w sumie 4,3 mln zł. To daje średnio ok. 10 tys. miesięcznie na osobę. Posada wymarzona.

Kampania w interesie Polski, a nie jednej partii

Latem 2017 r. przetoczyła się fala manifestacji przeciw „reformie sądownictwa”. Andrzej Duda postanowił ograniczyć społeczne emocje poprzez rozłożenie ich na raty. Zawetował dwie ustawy, tylko po to, aby za kilka miesięcy wysłać je do sejmu ponownie w wersji minimalnie zmienionej. W międzyczasie było jednak nerwowo.

Kierownictwo pis postanowiło działać. Ryszard Terlecki przyznał, że kampania „sprawiedliwe sądy” była na zlecenie rządu. Gdyby pis finansował zlecenie z kasy partyjnej, to partia zużyłaby ok. połowę rocznego budżetu. Znacznie taniej było zaangażować fundację promującą Polskę zagranicą. Prezes Kaczyński uznał, że jest to przedsięwzięcie „dotyczące sprawy, która w żadnym wypadku nie ma charakteru partyjnego, ale dotyczy bardzo ważnej reformy państwa, ma więc charakter państwowy.” Innego zdania był sąd.

Sąd uznaje, że 8 mln ze Skarbu Państwa pis wydał bezprawnie

Sąd Rejonowy w Warszawie orzekł, że billboardy reklamujące „reformę sądownictwa” wykraczają poza ramy statutowe PFN, gdyż nie promują wizerunku Polski. Tak samo orzekł w czerwcu 2019 r. sąd drugiej instancji. Kwota 8 mln zł została wydana bezprawnie jednak nie trudno się domyślić, że nikt nie poniesie za to odpowiedzialności karnej.

W grudniu 2019 r. prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania. Wyrządzenie szkody wielkich rozmiarów w obrocie gospodarczym stanowi przestępstwo z art 296 § 3 kodeksu karnego (sankcja do 10 lat pozbawienia wolności) jednak w tym przypadku zawiadomienie przedstawiciela prezydenta Warszawy nie zdziałało nic. W uzasadnieniu powołano się na ministra Glińskiego, który w działaniu fundacji nie dostrzegł nieprawidłowości.

Rząd odmawia informacji o finansowaniu PFN

W lutym bieżącego roku posłanka Hanna Gill-Piątek złożyła interpelację z żądaniem ujawnienia przepływów finansowych PFN. Zażądała informacji m.in. komu i za co fundacja wypłaciła prawie pół miliona zł w 2018 r. w oparciu o umowy-zlecenia. Jaka była odpowiedź kancelarii premiera? PFN jest podmiotem ustanowionym na podstawie ustawy o fundacjach, nie jest jednostką podległą rządowi. Z tego powodu premier nie ma prawa udzielać informacji o działaniu fundacji. Jako podsumowanie można przytoczyć komentarz posłanki, której odmówiono odpowiedzi na interpelację:

„To skandal! Najpierw partia rządząca przekazuje swoim kolegom możliwość dysponowania ogromnymi środkami ze spółek państwowych, czyli należącymi do podatników, a potem twierdzi, że nie ma wpływu na to, co jej koledzy z tymi środkami zrobią.”


Czasy klasycznych afer już minęły. Po co ukradkiem zabierać fundusze z państwowej kasy i mieć nadzieję, że sprawa nie wyjdzie na jaw. Zamiast tego można utworzyć jakąś fundację z wielomilionowym budżetem i za jej pośrednictwem zrobić z publicznymi środkami wszystko, co się zechce. Gdyby w przyszłości sąd znów wydał wyrok uznający bezprawność podobnego czynu, to zawsze pozostaje możliwość skargi kasacyjnej do „zreformowanego” przez pis Sądu Najwyższego. Prezydent Duda wiele razy podkreślał, że Polacy mają prawo do sprawiedliwych sądów.

Autor: magister prawa z uprawnieniami na jeden z wolnych zawodów prawniczych
https://alternative-journalism.com/
źródła:
https://www.money.pl/gospodarka/mieli-promowac-polske-profil-na-instagramie-to-prawdziwe-kuriozum-6425565441169025a.html
https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1937368,1,polska-fundacja-narodowa-111-mln-zl-na-promocje-kraju-czyli-na-co.read
https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,25703939,polska-fundacja-narodowa-jest-poza-kontrola-rzadu.html

KE znów przeciw „reformie sądownictwa”. Dyscyplinowanie sędziów przed TSUE

„TSUE odrzucił gorący kartofel, który totalna opozycja, wraz z nadzwyczajną kastą, wrzuciła do ogródka europejskiego.” Rząd ogłosił sukces, na wiwat dodał ustawę kagańcową. Teraz otrzymuje od UE podwójny cios za przedwczesną radość. Prezes Kaczyński z jednego postępowania o rządy prawa zrobił dwa. Wygląda na to, że Julia Przyłębska za kilka miesięcy otrzyma drugi wniosek o unieważnienie orzeczenia TSUE, jednak to nie uchroni polskiego budżetu przed sankcją finansową.

Przedwczesna radość premiera Morawieckiego

Jesienią ubiegłego roku sejm oczekiwał w napięciu na orzeczenie TSUE w przedmiocie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Opozycja miała nadzieję, że z Luksemburga nadejdzie nakaz, aby nową izbę SN zdelegalizować. Tak się jednak nie stało, prawicowe media ogłosiły sukces. „Wyrok TSUE to porażka totalnej opozycji i nadzwyczajnej kasty” – taki tytuł pojawił się 19 listopada 2019 r. na stronach TVP info.

Trybunał Sprawiedliwości UE orzekł, że Sąd Najwyższy sam oceni, czy Izba Dyscyplinarna SN jest sądem, czy jednak nie. „Trybunał skierował sprawę z powrotem do Sądu Najwyższego. To na pewno wywołało jęk zawodu w tych środowiskach, które są oporne wobec przeprowadzanej reformy wymiaru sprawiedliwości.” Taką opinię wyraził poseł pis Jan Kanthak. Ten sam polityk następnego dnia użył metafory o odrzuceniu przez TSUE gorącego kartofla wrzuconego Europie przez kastę.

Nie było żadnym zaskoczeniem, że 5 grudnia Sąd Najwyższy podważył status nowej izby SN, która według założeń rządu oczyści wymiar sprawiedliwości z sędziów kierujących w stanie nietrzeźwości lub kradnących ze sklepów batoniki. Prezez Kaczyński wiedział, że SN orzeka na podstawie delegacji TSUE jednak nie chciał tolerować buntu nadzwyczajnej kasty i postanowił zadać szach-mat.

Już 20 grudnia sejm przegłosował ustawę „kagańcową” przewidującą usuwanie z zawodu sędziów, którzy zechcą podważać status osób mianowanych do pracy w utworzonych przez pis nowych izbach SN. Ustawa została sformułowana w taki sposób, że w zasadzie każda krytyka działań pisu może być podstawą do odpowiedzialności dyscyplinarnej.

Zjednoczona Prawica zapewne spodziewała się, że znów pójdzie gładko: manifestacje uliczne, apele polskich i zagranicznych prawników, nieśmiałe wyrazy sprzeciwu z Brukseli, a TVP info na końcu i tak ogłosi sukces. Tym razem wyszło jednak inaczej.

Miażdżąca krytyka po obu stronach oceanu

Rząd wychodził z założenia, że w praktyce prawie nikt nie wie jak wygląda struktura wymiaru sprawiedliwości w innych krajach i mało kogo obchodzą zagraniczne reformy w tym zakresie. W pewnym momencie światowe media obiegł jednak przekaz: w Polsce sędziowie zaczną być usuwani z zawodu za krytykę władzy.

Dwóch kongresmenów z USA wystosowało do prezydenta Dudy list z apelem o niepodpisywanie ustawy kagańcowej. W jego treści umieścili zdanie: „Od 2015 r. pański rząd podejmuje niepokojące kroki w stronę konsolidacji władzy kosztem instytucji demokratycznych.” Dwie osoby to nie jest liczna grupa ale obraz zmienia się, jeśli weźmiemy pod uwagę ich funkcje w kongresie USA. Jeden z nich to szef komisji spraw zagranicznych, drugi jest szefem podkomisji ds. Europy i Eurazji. W tym samym czasie prestiżowy dziennik Washington Post opublikował bardzo krytyczny artykuł, w którym napisał, że kongres USA powinien ograniczyć środki na współpracę wojskową z Polską jeśli ustawa kagańcowa wejdzie w życie.

Reakcja z Brukseli również była bardziej donośna, niż rząd mógł się spodziewać. Wysocy urzędnicy UE wygłaszali miażdzące opinie po pierwszych medialnych informacjach bez czekania na jakiekolwiek analizy. Pojawiły się zapowiedzi podjęcia zdecydowanych kroków prawnych. Po kilku miesiącach, dnia 29 kwietnia 2020 r. Komisja Europejska wszczęła postępowanie o naruszenie prawa unijnego przez ustawę kagańcową.

Rząd ma dwa miesiące na zaprzestanie naruszania prawa UE. W praktyce musiałby ustawę kagańcową uchylić, czego oczywiście nie zrobi. Wtedy przed KE otworzy się droga wniosku do TSUE.

Jak prezes pis z jednego postępowania o rządy prawa zrobił dwa

Ustawa kagańcowa miała być kolejnym etapem „reformy sądownictwa”. Wyszło jednak na to, że UE porzuciła taktykę uprzejmych apeli i przeszła do zdecydowanych działań, które mogą potencjalnie drogo kosztować w sensie finansowym, a nie tylko symbolicznym.

KE zwróciła się w styczniu do TSUE o zastosowanie środków tymczasowych w postaci zamrożenia Izby Dyscyplinarnej SN. To była riposta „kuchennymi drzwiami” za ustawę kagańcową na podstawie innego postępowania o naruszenie rządów prawa. Rząd wbrew orzeczeniu TSUE z 8 kwietnia nie chce zawieszać działalności owocu „reformy sądownictwa”. Zamiast tego całe zagadnienie skierowano do trybunału Julii Przyłębskiej.

Prezes Kaczyński zaplanował, że raz na zawsze uciszy sedziów pod rygorem wyrzucenia z pracy. Efekt był taki, że niecałe pół roku później na przestrzeni jednego miesiąca skumulowały się dwa postępowania na forum unijnym o naruszenie rządów prawa. To może być zwiastun poważniejszego kryzysu. Ustępująca ze stanowiska prezesa SN Małgorzata Gersdorf zwraca uwagę na aspekt finansowy:

„Komisja Europejska zastrzegła sobie prawo do złożenia dodatkowego wniosku o nałożenie na Polskę okresowej kary pieniężnej”. To na wypadek gdyby rząd za bardzo uwierzył w nieograniczoną moc Trybunału Konstytucyjnego, który według narracji TVP info może pozbawić mocy każde orzeczenie TSUE.

Autor: magister prawa z uprawnieniami na jeden z wolnych zawodów prawniczych
http://www.alternative-journalism.com

Komunistyczne korzenie pisowskich elit

Oczyszczanie Polski z komunizmu to priorytet jednak obecny sejm powołuje do TK sędziów z komunistyczną przeszłością. Skąd się wzięły teorie prezesa Kaczyńskiego o układach, grupach nacisku i nieuznawaniu ścisłej litery prawa? Od jego promotora prof. Ehrlicha, marksistowskiego prawnika z PZPR.

Reforma sądownictwa jest niezbędna, żeby uwolnić Polskę od dziedzictwa komunizmu. Takim uzasadnieniem prezydent Duda i premier Morawiecki uciszają zagarnicznych dziennikarzy zadających niewygodne pytania. Jeśli sędzia SN zaczął karierę w latach ’80 to znaczy, że prawdopodobnie jest ideowym komunistą.

„Ustrój Związku Radzieckiego”, „Grupy nacisku w społecznej strukturze kapitalizmu”, „Władza i interesy: studium struktury politycznej kapitalizmu” – to lista publikacji odznaczonego złotym krzyżem zasługi PRL promotora pracy magisterskiej i doktorskiej Jarosława Kaczyńskiego. Jak podaje Gazeta Prawna: „W biografii autorstwa Piotra Zaremby Kaczyński mówi, że Ehrlich był jego mistrzem na równi z marszałkiem Piłsudskim.”

Czytanie książek komunistycznych ideologów nie musi świadczyć o sympatii wobec PRL jednak jeden kluczowy pogląd marksistowskiego prawnika przetrwał w pisowskich elitach do dziś – litera prawa nie jest najważniejsza, wyższą wartością jest wola polityczna narodu. To założenie przejawia się obecnie w przekonaniu, że suweren dał partii Kaczyńskiego legitymację do głębokich reform, z tego powodu każdy element „reformy sądownictwa” jest zgodny z prawem.

Oczyścić Sąd Najwyższy z komunizmu

„Osoby które były związane z PZPR zostały powołane do pełnienia zaszczytnego obowiązku sędziego Sądu Najwyższego” – tymi słowami prezydent Duda uzasadnia „reformę sądownictwa” własnego autorstwa, dzięki której kontrolę nad SN obejmie jedyna partia reprezentująca suwerena.

Co łączy Krystynę Pawłowicz i Julię Przyłębską? Obie zostały wybrane przez pis do pełnienia zaszczytnego obowiązku sędziego Trybunału Konstytucyjnego, a wcześniej należały do Socjalistycznego Związku Studentów Polskich. Inny sędzia wybrany przes pis do TK, Stanisław Piotrowicz, został odznaczony brązowym krzyżem zasługi przez władze PRL.

Prawicowe media mają znaczne doświadczenie w oskarżaniu przeciwników pis o komunistyczną lub postkomunistyczną przeszłość jednak podobne schematy po stronie partii rządzącej są pokrywane milczeniem. Na marginesie – jedna z czołowych publicystek prawicowego serwisu wPolityce była kiedyś gwiazdą rządu SLD określaną jako lwica lewicy. Dziś Aleksandra Jakubowska posługuje się zdaniami w rodzaju „fanatyczny antypis zrobi wszystko, by utrudnić i uniemożliwić Andrzejowi Dudzie reelekcję.”

Jak marksistowska doktryna prawna wywraca demokratyczny porządek prawny

Komunistyczny promotor prezesa Kaczyńskiego reprezentował pewien nurt teorii prawa, który ma spójne uzasadnienie od strony filozoficznej jednak jest całkowicie sprzeczny z filozofią prawa w państwach demokratycznych po obu stronach oceanu. Wegług Stanisława Ehrlicha literalna treść przepisu to kwestia drugorzędna. Oprócz niej należy wziąć pod uwagę kwestie typu jakie grupy nacisku brały udział przy tworzeniu aktu prawnego oraz czy jego stosowanie odpowiada woli narodu. Jeśli uznamy, że np. ustawa była tworzona przez nieliczną elitę społeczeństwa, to uzyskujemy podstawę, aby danemu przepisowi odmówić obowiązywania.

Prof. Ehrlich pisał m.in. o grupach społecznie uprzywilejowanych, które skutecznie wpływają na kluczowych polityków, żeby bronić własnych interesów. Teorie o elitach i układach III RP powstały wcześniej niż mogłoby się wydawać.

Gdyby w 2014 r. na studiach prawniczych padło pytanie w rodzaju „czy można w drodze ustawy wymienić większość składu Krajowej Rady Sądownictwa” albo „czy można odwoływać sędziów TK w drodze uchwały sejmu”, to wykładowca nie wyśmiałby osoby zadającej takie pytanie jedynie z grzeczności. Później okazało się, że partia rządząca jednak może wszystko, gdyż reprezentuje suwerena, a w dodatku prawo III RP było tworzone przez zdegenerowane postkomunistyczne elity.

Autor: magister prawa z uprawnieniami na jeden z wolnych zawodów prawniczych
https://alternative-journalism.com/

źródła:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Stanis%C5%82aw_Ehrlich
https://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/920248,mistrz-kaczynskiego-ehrlich-trybunal-konstytucyjny.html

Jak Andrzej Duda i mgr Przyłębska zakończyli historię Trybunału Konstytucyjnego

„Gdy przyjmowałam funkcję prezesa TK byłam pewna, że nie naruszono żadnych przepisów.” Czy mgr Przyłębska ma rację? „Wszystko odbyło się niezgodnie z konstytucją”– prof. Andrzej Zoll, były prezes TK.


Jedną z pierwszych decyzji prezydenta Białorusi była wymiana wszystkich szędziów białoruskiego sądu konstytucyjnego. Aleksander Łukaszenka zdobył władzę w demokratycznych wyborach jednak szybko zmienił ustrój na dyktaturę. Pierwszym i najważniejszym krokiem Białorusi na drodze do dyktatury było zlikwidowanie niezależnego sądu konstytucyjnego. Prezes Kaczyński razem z prezydentem Dudą zrobili dokładnie to samo jednak rozłożyli ten proces na raty. Dzięki temu ograniczyli emocje społeczne. Bezprawne przejęcie kontroli nad TK stało się nudnym serialem, który skończył się w momencie mianowania mgr Julii Przyłębskiej na panią „prezes” trybunału.

Trybunał Konstytucyjny orzeka najczęściej w składzie np. pięcioosobowym, ten skład wyznacza prezes. Jedna partia może mieć 11/15 sędziów i w dalszym ciągu nie mieć kontroli nad TK. Posiadanie „dyspozycyjnego” prezesa jest kluczowe, aby TK mógł orzekać w zgodzie z wolą partii politycznej, a nie w zgodzie z konstytucją.

„Wszystko odbyło się niezgodnie z konstytucją (…) niezgodne z konstytucją było także powołanie Przyłębskiej na prezesa nowego TK (…) nie ma TK w tym kształcie, o jakim mówi konstytucja (…) obecnie TK to jakaś instytucja, która nie jest znana polskiemu porządkowi prawnemu.” Przytoczona opinia prof. Andrzeja Zolla uzasadnia pogląd, że używanie nazwy „Trybynunał Konstytucyjny” jest nadużyciem. Bardziej trafne jest określenie „trybunał Julii Przyłębskiej”.

Nominacja Julii Przyłębskiej na panią prezes. Ilu sędziów TK to nieformalne spotkanie przy kawie?

Odpowiedź znajduje się w art 194. konstytucji, który określa ustrój Trybunału Konstytucyjnego oraz wybór prezesa. Sędziów jest 15. Prezesa TK powołuje prezydent spośród kandydatów wskazanych przez zgromadzenie ogólne sędziów TK. Tutaj ustalona jest kluczowa zasada prawna, której mgr Przyłębska nie rozumie. Prezesa TK wybierają sędziowie, a prezydent dokonuje jedynie formalnej akceptacji kandydata. Prezydent nie jest osobą, która rozdaje karty.

Tutaj pojawia się kluczowe pytanie – ilu sędziów musi przedstawić kandydata prezydentowi, aby prezydencka akceptacja była zgodna z prawem? Odpowiedź nie budzi wątpliwości – co najmniej ośmiu. Dlaczego akurat ósemka? To jest najmniejsza liczba, która spełnia warunek „co najmniej połowa z 15”. Zasada, zgodnie z którą co najmniej 8 sędziów TK przedstawia prezydentowi kandydata na prezesa to jedyna logiczna interpretacja art. 194 ust. 2. konstytucji.

Analogicznie, sejm może legalnie „przegłosować” ustawę, jeśli na sali była obecna co najmniej połowa wszystkich posłów tj. 230 spośród 460. Gdyby sejm uchwalił ustawę w obecności 229 posłów, to taka czynność byłaby nieważna z mocy prawa.

Julia Przyłębska została przedstawiona prezydentowi jako kandydat na prezesa TK przez „zgromadzenie ogólne” liczące mniej niż 8 sędziów, mniej niż połowę konstytucyjnej liczby 15. Ta czynność była nieważna z mocy prawa. Nie ma znaczenia czy grupa liczyła 7, czy 6, czy 4. Równie dobrze Julia Przyłębska mogłaby sama siebie wyznaczyć na kandydata na prezesa, a prezydent mógłby tą nominacje zaakceptować. Prezydent nie ustanowił Julii Przyłębskiej prezesem TK. Andrzej Duda nadał bezprawiu pozory legalności. Mianowanie pani prezes Przyłębskiej było datą zniszczenia Trybunału Konstytucyjnego. Grono sędziów TK, którzy nominowali nową „prezes” było mniejsze niż minimalna ósemka również przy doliczeniu tzw. sędziów dublerów.

Pierwsze akty bezprawia na drodze do zamachu stanu

„Prezydent postępuje zgodnie z konstytucją i zgodnie z obowiązującym prawem” – tymi słowami mgr Julia Przyłębska rozwiewa wątpliwości wobec kłamliwych sugestii „opozycji totalnej.” Inny pogląd wyraził promotor pracy doktorskiej Andrzeja Dudy – „Prezydent złamał konstytucję przynajmniej trzykrotnie” – tak prof. Jan Zimmerman podsumowuje pierwsze cztery miesiące prezydentury dawnego doktoranta. Jeden z tych trzech przypadków dotyczył nieprzyjęcia ślubowania od pięciu sędziów TK.

Prezes Kaczyński był na tyle dobrym strategiem, że przypisał koalicji PO-PSL winę za niszczenie Trybunału Konstytucyjnego, przynajmniej na początku. Z punktu widzenia zarządzania społecznymi emocjami ten zabieg był mistrzowski. Konflikt o TK zaczął się od przyziemnej kwestii – kadencja pięciu sędziów TK wygasała jesienią 2015 r. tzn na styku dwóch kadencji sejmu. Wszyscy następcy zostali powołani przez sejm kadencji 2011-2015.

Pojawiły się wątpliwości czy wybór tych pięciu sędziów był prawidłowy. Jedyną możliwością zgodnego z prawem zbadania legalności tej czynności było zaskarżenie do TK ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, na podstawie której dokonano nominacji. TK orzekł, że wybór trzech sędziów był prawidłowy jednak dwóch innych sędziów (których kadencja miała rozpocząć się nieco później) wybrano niezgodnie z prawem.

Wyrok TK powinien zakończyć cały konflikt, tak się jednak nie stało. Prezydent Duda i Prezes Kaczyński wybrali drogę bezprawia, postanowili działać na zasadzie faktów dokonanych. Dzięki temu grupa pięciu „spornych” sędziów TK została wybrana przez pis.

Prezydent Duda sam przyznał sobie uprawnienie do oceny, czy wybór sędziego TK jest prawidłowy. Odmówił przyjęcia ślubowania od wszystkich pięciu sędziów. Jednocześnie prezes Kaczyński uznał, że sejm może odwoływać sędziów TK w drodze uchwały. Obie te konstrukcje zostałyby uznane jakiś czas wsześniej za prawniczy humor z zeszytów. Popierający pis Kornel Morawiecki wygłosił wtedy w sejmie słynną tezę, że wola narodu jest ponad prawem. Otrzymał od posłów pis owację na stojąco. Popełnił jednak błąd logiczny – wola narodu nie może być utożsamiana z wolą jakiejkolwiek partii politycznej, również wtedy gdy ta partia wygrała wybory.

Powołanie trzech „sędziów dublerów” nie było kluczowe. To była bardziej zasłona dymna. Emocje społeczne wzrosły, później opadły, a po jakimś czasie przeszło bez większego echa, że historia Trybunału Konstytucyjnego dobiegła końca w momencie mianowania Julii Przyłębskiej na rzekomą prezes najważniejszego organu władzy sądowniczej. Duda i Kaczyński uzyskali wtedy nowe możliwośći. Od tamtej pory mogą zmieniać ustrój państwa pomimo, że nie dysponują w sejmie większością konstytucyjną. Każda bezprawna ustawa tworząca „reformę sądownictwa” zostanie uznana przez Julię Przyłębską za zgodną z konstytucją.

Słaby punkt planu prezesa Kaczyńskiego

Zniszczenie Trybunału Konstytucyjnego, które umożliwiło bezprawne przejęcie kontroli nad Krajową Radą Sądownictwa i Sądem Najwyższym było ciągiem zdarzeń godnym wielkiego stratega, zwłaszcza z punktu widzenia zarządzania społecznymi emocjami. Prezes Kaczyński był znacznie sprytniejszy niż Aleksander Łukaszenka, który ustanowił na Białorusi dyktaturę z dnia na dzień.

Rząd Zjednioczonej prawicy nie wziął jednak pod uwagę tego, że funkcję zlikwidowanego TK mogą w jakimś zakresie przejąć instytucje UE pod groźbą ogromnych kar finansowych. Skrajna prawica uznała niedawne orzeczenie TSUE podważające legalność Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego za niedopuszczalne naruszenie polskiej suwerenności jednak argumenty ideologiczne nic nie zmienią, kiedy UE nakaże za bezprawie zapłacić.

Utrata unijnych funduszy nie jest jednak najgorszą możliwą opcją. Na etapie pierwszych kroków do zniszczenia TK Kornel Morawiecki przekonywał, że wola narodu jest ponad prawem, a prof. Andrzej Zoll zwrócił się z apelem, który każdy powinien przynajmniej przemyśleć:

„Trybunał Konstytucyjny i jego ustrój jest opisany w konstytucji zatwierdzonej w referendum. Naród tak zdecydował, taka była decyzja narodu. A teraz pan Kaczyński próbuje ten porządek konstytucyjny zburzyć. To jest działanie pozaprawne, to jest antydemokratyczny marsz w kierunku dyktatury.”

Autor: magister prawa z uprawnieniami na jeden z wolnych zawodów prawniczych
http://www.alternative-journalism.com

Wybory korespondencyjne 10 maja. Kolejny poziom bezprawia, wybory zorganizuje partia

„Coraz większa grupa ludzi wpada w sidła kłamliwej manipulacji” – taki pogląd wyraża redaktor naczelna prawicowego portalu wPolityce, która stoi murem za pisem w kwestii daty wyborów. Marzena Nykiel słusznie zauważa zjawisko manipulacji, ale nie po stronie partii dążącej do utrzymania władzy za wszelką cenę. Zdecydowana większość społeczeństwa chce przełożenia wyborów, na takie rozwiązanie zdecydowało się wiele krajów po obu stronach oceanu, jednak o tym prawicowe media milczą.

Czy wybory korespondencyjne są bezpieczne?

Strona rządowa bez przerwy powołuje się na przykład Bawarii, która zorganizowała wybory korespondencyjne w czasie epidemii, jednak ten fakt w żaden sposób nie dowodzi, że nie doszło tam do narażenia zdrowia i życia głosujących. Zdecydowna większośc krajów wybrała wariant bezpieczniejszy, polegający na przełożeniu wyborów. Taką drogą poszły m. in. Wielka Brytania, Francja, Włochy, Hiszpania, Brazylia, Argentyna i Serbia. Pomijanie tego faktu i traktowanie Bawarii niczym wyroczni stanowi manipulację.

Listonosze narażeni najbardziej

Projekt wyborów korespondencyjnych nakłada na listonoszy obowiązek wykonania przysłowiowych 300% normy w czasie, kiedy wszyscy obywatele są zachęcani do pozostania w domu. Przewodniczący zwiazku zawodowego OPZZ zwrócił się do sejmu z apelem:

„Wyrażamy szczególną obawę o (…) ok. 25 tys. listonoszy, którzy w krótkim czasie będą musieli dostarczyć ponad 30 mln pakietów pod niemal 20 mln adresów.” Osobną kwestią jest bezpieczeństwo głosujących. Załóżmy że frekwencja osiągnie poziom 30%. Wtedy w ciągu jednego dnia około 10 mln obywateli wyjdzie z domu i pokona dystans dzielący ich od skrzynki. Traktowanie tego wariantu jako bezpiecznego jest złudzeniem.

„Dlaczego ewentualne stanie w kolejce do skrzyni wyborczej ma być ryzykowne, identyczne stanie w kolejce do sklepu (przy zachowaniu odpowiednich odstępów) już nie? (…)Metoda jest bezpieczna dla zdrowia.” Przytoczony komentarz serwisu wPolityce rozwiewa wszelkie wątpliwości. Można w tym miejsu zadać pytanie retoryczne – kim są redaktorzy tego portalu, żeby formułować tego typu opinie w kwestiach zdrowia publicznego? Obecnie każde wyjście z domu wiąże się z ryzykiem zarażenia, również w przypadku przestrzegania wszelkich nakazów. Zakupy są jednak czynnością niezbędną, w przeciwieństwie do wyborów.

Czy wybory w maju są zgodne z prawem?

Największą manipulacją rządu jest wmawianie, że wybory muszą odbyć się w maju, gdyż tak nakazuje konstytucja. „Zgodnie z konstytucją wybory prezydenckie powinny odbyć się w tej chwili, chyba że zostałby wprowadzony stan nadzwyczajny, te warunki w tym momencie nie są spełniane.”

Taką opinię wyraził prezes Kaczyński, który jednak w kwestiach konstytucyjnych żadnym autorytetem nie jest. Każdy może sam ocenić, czy zamrożenie całych sektorów gospodarki i zakaz zgromadzeń to normalne reguły, czy jednak stan nadzwyczajny, który nie został formalnie ogłoszony.

„Ten stan nadzwyczajny i tak już jest. Tylko nie otrzymał formalnej nazwy tego stanu, który teraz się odbywa. (…)Wszystkie warunki do wprowadzenia stanu nadzwyczajnego są spełnione.” Komentarz byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego wyjaśnia na czym polega prawna manipulacja. Prof. Anrdzej Zoll uznał, że obecne ograniczenia de facto stanowią stan nadzwyczajny (konkretnie stan klęski żywiołowej), którego rząd nie chce ogłosić, aby nie przekładać wyborów.

Ustawa o stanie klęski żywiołowej wprost wymienia epidemię jako podstawę do zastosowania tej konstrukcji. Jednocześnie należy podkreślić, że nie ma podstaw do ogłoszenia stanu wyjatkowego (innej formy stanu nadzwyczajnego), który jest dedykowany dla terroryzmu.

Czy głosowanie listowne to wybory czy jednak farsa?

Konstytucja nakazuje m.in., aby wybory odbywały się w głosowaniu tajnym i były powszechne tzn. dostępne dla wszystkich. Rządząca partia postanowiła, że każdy umieści w dużej kopercie swój PESEL i podpis oraz mniejszą kopertę z wypełnioną kartą. W takim układzie tożsamość osoby wybierającej danego kandydata stanie się łatwa do ustalenia, a głosowanie nie spełni konstytucyjnego warunku, jakim jest tajność.

Zestawy do głosowania zostaną wrzucone do skrzynek pocztowych zgodnie z adresem zameldowania, który nie zawsze jest zbieżny z miejscem faktycznego pobytu. W warunkach epidemii może to oznaczać, że swojej karty nie odbierze realnie każdy kto chce. Takich wyborów nie można uznać za powszechne.

Kto policzy głosy?

Organizacja wyborów i liczenie głosów jest kompetencją komisji wyborczych. Poszczególne komitety kandydatów na prezydenta delegują ponadto swoich przedstawicieli, żeby mieć pewność w kwestii rzetelności całego procesu. Obecnie wiadomo, że w praktyce brakuje znacznej liczby chętnych do pracy w komisjach wyborczych, gdyż mało kto chce ryzykować zarażenie. Braki zostaną jednak uzupełnione przez osoby wskazane de facto przez rządzącą partię polityczną. Uczciwość liczenia głosów traci obiektywne gwarancje.

Na marginesie można wspomnieć o kwestii z pozoru mało istotnej – w czasie kiedy sejm przegłosował przepisy o głosowaniu korespondencyjnym, nagle zmienił się prezes poczty tzn. instytucji która zorganizuje wybory. Nowym prezesem został wiceminister obrony w rządzie pis.

Jakie jest zdanie byłych przewodniczących Państwowej Komisji Wyborczej? Prof. Andrzej Zoll oraz prof. Wojciech Hermeliński zgodnie uznali proponowane rozwiązania za bezprawie, które nie może być nazwane wyborami w rozumieniu Konstytucji RP. Rządząca partia zamierza jednak takie „wybory” zorganizować w imię wartości, jaką jest „stabilność polityczna” rozumiana jako utrwalenie władzy. Przełożenie głosowania wiązałoby się z ryzykiem przegranej z powodu możliwego kryzysu gospodarczego. Zdrowie i życie obywateli zeszło na drugi plan.

Autor: magister prawa z uprawnieniami na jeden z wolnych zawodów prawniczych

http://www.alternative-journalism.com

Orzeczenie TSUE, które niszczy reformę sądownictwa. Czas pozorów dobiega końca

„Nie będą nam w obcych językach narzucali, jaki ustrój mamy mieć w Polsce”. Ta deklaracja prezydenta Dudy sprzed trzech miesięcy mogła robić wrażenie w sensie emocjonalnym, jednak żadne emocje nie zmienią obowiązującego stanu prawnego. Czy unijne instytucje mogą nakazywać, jaki ustrój mamy mieć w Polsce?

Na to pytanie odpowiada art 91. ust 3. Konstytucji RP:

„Jeśli wynika to z ratyfikowanej przez Polskę ustawy konstytuującej organizację międzynarodową, prawo przez nią stanowione jest stosowane bezpośrednio, mając pierwszeństwo w przypadku kolizji z ustawami.”

Tutaj dochodzimy do sedna sporu. Umowa międzynarodowa (np. Prawo UE) ma  większą moc niż polskie ustawy. Prezydent Duda mógłby uznać ten fakt za zaprzeczenie narodowej suwerenności ale jego pogląd nie ma w tej kwestii żadnego znaczenia. Trybunał Sprawiedliwości UE jest czymś w rodzaju Trybunału Konstytucyjnego dla całej UE. Ten organ ocenia, czy ustawy krajów członkowskich są zgodne z prawem unijnym. Orzeczenia TSUE mają dokładnie taką samą moc jak ratyfikowane umowy międzynarodowe tzn. większą niż poslkie ustawy. Prezydent Duda po raz kolejny udawał brak elementranej wiedzy prawniczej.

Rząd Brukseli się nie boi

„Bezprecedensowy atak na suwerenność Polski” – tymi słowami wiceminister sprawiedliwości podsumował orzeczenie TSUE nakazujące zamrożenie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Jako absolwent studiów prawniczych powinien wiedzieć, że istotą przystąpienia do organizacji międzynarodowej (np. UE) jest zrzeczenie się części suwerenności na rzecz tej organizacji. Zgodę na to wyraził suweren w dniu referendum akcesyjnego z 2004 r. Wstąpienie do UE to nie tylko zgoda na przyjmowanie unijnych funduszy, ale również zobowiązanie do przestrzegania unijnego prawa, które w tym przypadku nakazuje, aby polski Sąd Najwyższy był instutycją niezależną od polskiego sejmu.

Trybunał Julii Przyłębskiej uratuje Polskę przed zagraniczną agresją

Premier Morawiecki nie rozumie pewnego zagadnienia, które stanowi punkt wyjścia – orzeczenia TSUE są ostateczne, podlegają natychmiastowemu wykonaniu, żadne środki odwoławcze od nich nie przysługują.

„Myślę, że porozmawiamy po prostu z Instytucjami UE (…) To nie jest sąd ostateczny, to jest tylko sąd europejski, to jest tylko trybunał sprawiedliwości.” – tymi słowami szef rządu bagatelizował dwa lata temu możliwość wydania przez TSUE wyroku uznającego bezprawność innego elementu „reformy sądownictwa”. Nie trudno się domyślić, że premier nie zamierza wykonać postanowienia TSUE nakazującego zamrożenie Izby Dyscyplinarnej SN.

Zamiast tego postanowił skierować całe zagadnienie do mgr Julii Przyłębskiej, która jako rzekoma prezes Trybunału Konstutucyjnego wyda decydujące rozstrzygnięcie: „My z całą pewnością skierujemy do Trybunału Konstytucyjnego, który jest najwyższą instancją odwoławczą, zapytanie w tej sprawie.” Morawiecki nie ma wykształcenia prawniczego jednak jako premier powinien wiedzieć, że TK nie jest instancją odwoławczą od wyroków jakichkolwiek sądów, a już na pewno nie od orzeczeń TSUE.

Konsewkwencje buntu rządu przeciw UE

„Nie umawialiśmy się z Unią na to, żeby Unia meblowała nam polski wymiar sprawiedliwości.” Przytoczona wypowiedź wiceministra sprawiedliwości Michała Wójcika uznaje postanowienie TSUE za niedopuszczalne.

Meblowanie wymiaru sprawiedliwości faktycznie jest kompetencją państw członkowskich, a nie centralnych organów UE, jednak unijne prawo narzuca w tej kwestii minimalny standard, jakm jest niezależność sądów od rządzących partii politycznych. Sędziowie Izby Dyscyplinarnej SN zostali powołani de facto przez sejmową większość tzn. za pośrednictwem „zreformowanej” przez pis Krajowej Rady Sądownictwa. Z tego powodu TSUE uznał nową izbę SN za sprzeczną z prawem UE i nakazał rządowi zawieszenie jej funkcjonowania.

Wiceminister Wójcik uspokaja, że „Nie ma co obywateli straszyć karami finansowymi.” Czy na pewno? Pseudoprawnicze wywody premiera Morawieckiego i jego ministrów nie zaczarują rzeczywistości, która za niewykonanie orzeczeń TSUE każe jednak placić. Tą kwestię wyjaśnia prezes SN Małgorzata Gersdorf:

„Komisja Europejska zastrzegła sobie prawo do złożenia dodatkowego wniosku o nałożenie na Polskę okresowej kary pieniężnej, w przypadku, gdyby Polska nie stosowała w pełni środków tymczasowych zarządzonych w postanowieniu z dnia 8 kwietnia 2020 r.”

Nie tylko kary pieniężne, na horyzoncie również polexit

Rząd prezesa Kaczyńskiego powinien coś zrozumieć – czas uników i zwodzenia Unii Europejskiej „dialogiem” już się skończył. Orzeczenie TSUE uznające bezprawność „reformy sadownictwa” zapadło tym razem na wniosek Komisji Europejskiej, a nie polskich sędziów. Pójście na wymianę ciosów może Polskę drogo kosztować. Jako przestrogę można przytoczyć wypowiedź byłego prezesa Trybunału Konstutucyjnego. Prof Andrzej Zoll został zapytany ponad rok temu jakie byłyby skutki, gdyby Rząd nie uznał orzeczenia TSUE. Odpowiedział:

„Jeśli polski rząd nie zaakceptuje postanowienia TSUE, to wkroczy na bardzo niebezpieczną dla Polski drogę. Konsekwencją tego będzie w najbliższym czasie wykluczenie Polski z UE.” Wtedy rząd orzeczenie TSUE jednak zaakceptował.

Za przestrogę można również uznać wypowiedź jednego z czołowych prawicowych publicystów sprzed kilku miesięcy. Związany z TVP info Rafał Ziemkiewicz najwyraźniej uznał, że pisowska „reforma sądownictwa” jest wartością nadrzędną:

„Z każdym takim draństwem (…) coraz więcej Polaków dostrzega, że dochodzi ten etap, że trzeba się tej Unii postawić i być może się pożegnać.” Wypowiedzi prof. Andrzeja Zolla oraz Rafała Ziemkiewicza mają jeden wspólny mianownik – polexit jest już czymś więcej niż tylko wymysłem opozycji.

Autor: magister prawa z uprawnieniami na jeden z wolnych zawodów prawniczych

http://www.alternative-journalism.com

Prezes pis jako klon Putina według New York Times

Latem 2016 r. amerykański „New York Times” opublikował artykuł pod wymownym tytułem „Poland drifts in the wrong direction” (Polska dryfuje w złym kierunku). Prezes Kaczyński został określony jako klon Putina. To wywołało oburzenie po stronie zjednoczonej prawicy.

Jaka była odpowiedź? Odpowiedzialnością za artykuł NYT obarczono opozycję, a konkretnie ministra w rządzie PO-PSL Radosława Sikorskiego. Prezes Kaczyński skonstruował następującą teorię – Radosław Sikorski zmanipulował swoją żonę, a ona zmanipulowała redakcję NYT, aby napisać taki artykuł. Słabym punktem tego rozumowania jest fakt, że żona Radosława Sikorskiego pracuje dla innego pisma (Washington Post).

New York Times napisał o Polsce po raz kolejny rok później, latem 2017 r. To był moment kulminacyjny „reformy sądownictwa”. Artykuł „In Poland, an assault on the courts provokes outrage” (W Polsce zamach na sądy wywołuje oburzenie) zaczyna się słowami:

Krok po kroku, polski rząd występuje przeciwko demokratycznym normom (…) Teraz partia rządząca agresywnie podąża w stronę kontroli nad ostatnią większą niezależną instytucją, nad sądami.” W dalszej części artykułu przytoczono wypowiedź Rzecznika Praw Obywatelskich:

„Ich celem jest utworzenie politycznej kontroli nad sądownictwem, nie mam w tej kwestii żadnych wątpliwości.”

Rząd zjednoczonej prawicy konsekwentnie ignoruje krytyczne opinie o „reformie sądownictwa” pochodzące z Europy Zachodniej. Krytyczne opinie z USA są dla rządu znacznie bardziej przykre, gdyż prawicowa prasa bez przerwy informuje o dalszym umacnianiu sojuszu Polska-USA. New York Times nie jest jedynym głosem zza oceanu, który sprzeciwia się „dekomunizacji” Sądu Najwyższego.

Apel Stowarzyszenia Amerykańskich Prawników

Krajowa Izba Radców Prawnych zamieściła na swoich stronach apel Stowarzyszenia Amerykańskich Prawników. Prezes tego stowarzyszenia Hilarie Bass mówi o młodej polskiej demokracji, która walczy o przetrwanie:

„Niektóre z młodszych demokracji, z których wiele zostało zainspirowanych przez USA i powstało przy ich wsparciu, walczy o przetrwanie.”

W dalszej części apelu zza oceanu czytamy:

„W Polsce partia PiS(…) systematycznie pracowała nad zgromadzeniem w swoich rękach i skonsolidowaniem władzy poprzez demontaż sądów(…) Ponad połowa członków Krajowej Rady Sądownictwa zostało usuniętych ze stanowiska i zastąpionych przez nowych członków posiadających mocne i solidne powiązania z partią rządzącą.

Washington Post sugeruje ograniczenie współpracy wojskowej z Polską

Kolejnym etapem „reformy sądownictwa” była ustawa kagańcowa z początku obecnego roku przewidująca możliwość usuwania z zawodu sędziów niepokornych wobec pis. Bardzo mocnym sprzeciwem zareagowały wtedy instytucje w Brukseli. Prezydent Duda podsumował spór zdaniem „Nie będą nam w obcych językach narzucali, jaki ustrój mamy mieć w Polsce”.

Po raz kolejny okazało się, że obawę o powstawanie w Polsce ustroju autorytarnego można usłyszeć również zza oceanu, tym razem ze strony Washington Post. Padła tam sugestia, że Kongres USA powinien przeforsować ograniczenie wojskowej współpracy z Polską w celu skłonienia rządu pis do opamiętania.

Obecnie wszelkie osiągnięcia „reformy sądownictwa” zeszły na dalszy plan z powodu epidemii. Nie zmienia to jednak faktu, że nie tylko według New York Times, Polska podąża w złym kierunku.

Autor: magister prawa z uprawnieniami na jeden z wolnych zawodów prawniczych
https://alternative-journalism.com/

źródła:

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/1938410,1,washington-post-polsce-nalezy-sie-kara-za-ustawe-kagancowa.read

https://www.rp.pl/Polityka/160719804-Applebaum-Kaczynski-nie-rozumie-swiata.html